Czy metoda Montessori sprawdzi się w małym mieszkaniu

Czy metoda Montessori sprawdzi się w małym mieszkaniu?

To pytanie, które z pewnością zadaje sobie wielu rodziców, zwłaszcza tych, którzy, tak jak ja, żyją w miejskim zgiełku i zmagają się z ograniczoną przestrzenią. „Metoda Montessori w domu”, „przedszkole Montessori”, „pomoce Montessori” – te hasła pojawiały się w moim otoczeniu od dawna, ale nigdy nie zagłębiałam się w nie jakoś szczególnie. Moja wiedza o Montessori była raczej… ekologiczna, a nie edukacyjna. Wydawało mi się, że to głównie o spacery i tworzenie czegoś z niczego, najlepiej z naturalnych, leśnych skarbów. I pewnie w takim błogim stanie niewiedzy trwałabym dalej, gdyby nie problemy sensoryczne mojego synka, Tobisia.

Diagnoza, a potem godziny spędzone na czytaniu o Integracji Sensorycznej, sprawiły, że nazwisko Montessori zaczęło pojawiać się zaskakująco często. Do tego terapeutka Tobka co jakiś czas powtarzała: „Musisz obserwować syna, dostosowywać się do jego potrzeb i podążać za nim. Tak jak w metodzie Montessori”. Wtedy pomyślałam, że to chyba znak. Może właśnie metoda Montessori w domu jest tym, czego potrzebujemy, aby pomóc Tobkowi, a przy okazji odnaleźć spokój w naszym domowym chaosie?

Książka, która wywróciła mój świat do góry nogami

I wtedy, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, dostałam propozycję zrecenzowania książki „Montessori, Wychowanie dziecka w wieku 0–6 lat” Beatriz M. Munoz. Spodziewałam się typowego poradnika – suchych faktów i może kilku złotych rad. Nie oczekiwałam rewolucji, a już na pewno nie w mojej głowie!

Kim jest autorka? Beatriz M. Munoz jest mamą czterech córek i założycielką bloga Tigriteando, który w 2016 roku został uznany za najlepszy blog parentingowy na świecie. Prowadzi kursy i warsztaty dla rodziców, pomagając im wprowadzać Montessori w domu. Ja akurat szukałam połączenia z integracją sensoryczną, ale to, co znalazłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Gdybym miała w jednym zdaniu powiedzieć, o czym jest ta książka, napisałabym, że to przewodnik po wprowadzaniu metody Montessori w domu. Co mnie uderzyło od razu, to niezwykły „ton” – autorka pisze „bardzo ciepło”. To nie jest typowy poradnik, w którym ktoś z pozycji eksperta narzuca ci, co masz myśleć i jak żyć. Beatriz M. Munoz opisuje, jak powinien wyglądać pokój dziecka zgodnie z metodą, ale zawsze dodaje, że jeśli nie masz możliwości stworzenia idealnych warunków – trudno, świat się nie zawali, a ty szukaj innych rozwiązań. Nie musisz spełniać 100% „wymagań”, żeby skorzystać z dobrodziejstw tej metody.

Czytałam tę książkę i czułam, jak lekko i spokojnie robi mi się na sercu. Przypominała mi moją kumpelę – tę, z którą rozmowa zawsze mnie uspokaja, nawet gdy narzekamy na dzieci, mężów i pogodę. Słowa Munoz sprawiały, że nagle odkryłam w sobie pokłady cierpliwości, których się nie spodziewałam. Mąż nawet zauważył, że jestem jakaś spokojniejsza i zapytał, skąd mam tyle cierpliwości do naszego zbója, który od rana daje w kość!

Kto powinien sięgnąć po książkę Beatriz M. Munoz?

Ta książka to coś więcej niż przewodnik po metodzie Montessori. To poradnik, który pokazuje, jak radzić sobie na co dzień w rodzicielstwie i co robić, żeby wszystkim w domu żyło się dobrze. Autorka uczy, jak nie dać się zwariować, wyrzucić „klosz”, pod którym trzymamy dzieci, i pozwolić im na samodzielność. Dla mnie, matki kwoki, to było największe wyzwanie. Zawsze chciałam ustrzec dzieci przed upadkiem, zabrać im kłody spod nóg, widziałam wszelkie możliwe zagrożenia, zanim dziecko jeszcze weszło na schody. Taka już po prostu jestem.

Czytałam i pomału docierało do mnie, że muszę zawalczyć z tą moją wewnętrzną kwoką. Dać dzieciom, a zwłaszcza Tobkowi, więcej swobody, samodzielności. Pozwolić mu samemu się ubrać (albo przynajmniej spróbować), posmarować sobie chleb masłem, nalać wody do kubka. Trudno, najwyżej rozleje. Założy spodnie tył do przodu? Cóż, w końcu się nauczy! A skutkiem ubocznym jego nauki będzie mniej roboty dla mnie i więcej „czasu wolnego”. Brzmi jak plan, prawda?

Munoz sugeruje też, żeby nie zarzucać dzieci toną plastikowych zabawek. Zamiast tego, pokazać im, że z patyka i suchych jesiennych liści można zrobić coś fajnego. Uczy, jak zaufać dzieciom i pozwolić im na rozwój w ich własnym tempie, nie narzucając swojego zdania. Ważne jest, aby podążać za potrzebami dziecka – dokładnie tak, jak zaleca nasza terapeutka integracji sensorycznej. Jak pisze Munoz, rola rodziców to nie rozkazywanie, a prowadzenie; nie kierowanie, a ułatwianie; nie ratowanie, a pomaganie; nie mówienie, a zadawanie pytań.

Jeśli obserwujesz mój profil na Instagramie czy Facebooku, to wiesz, że ostatnio pojawiło się tam sporo cytatów z tej książki. Od wstępu czytałam ją z ołówkiem w ręku, co chwilę coś zakreślając i myśląc: „O, to to!”. Bywało, że po kilku stronach musiałam przerwać, żeby poukładać sobie w głowie to, o czym autorka pisała. Na przykład o tym, że w chaosie naprawdę można odnaleźć spokój, piękno i zabawę. Że gniew i wyniosłość można zastąpić cierpliwością. I co chyba dla mnie było najważniejsze – stwierdzenie, że stawianie siebie na pierwszym miejscu wcale nie jest oznaką egoizmu. Bo najpierw trzeba zadbać o siebie, aby móc zadbać o innych! To niby tak oczywiste, a jednak było dla mnie zaskakujące.

Moje dzieciństwo było inne… i jak to wpłynęło na mnie

Wychowywana byłam zupełnie inaczej. Moja mama bardzo długo nie pracowała, zajmowała się domem i nami – mną i moją o dwa lata starszą siostrą. Do pracy wróciła, gdy ja byłam chyba w 3. czy 4. klasie podstawówki. Rodzice poświęcali nam dużo czasu i uwagi. Jeszcze w przedszkolu mama zapisała nas do zespołu pieśni i tańca, potem na tenis. Dziś zajęcia pozalekcyjne dla dzieci to norma, ale trzydzieści lat temu normą było siedzenie pod blokiem, granie w gumę albo po prostu gadanie.

Mama odbierała nas ze szkoły, zawoziła na zajęcia, przywoziła do domu. W weekendy, jak tylko pogoda pozwalała, jechaliśmy do lasu, nad rzekę albo na spacer za miasto. Nie pamiętam, żeby rodzice narzekali, że są zmęczeni, że potrzebują poleżeć na kanapie i odpocząć. Pakowaliśmy „kosz piknikowy” i jechaliśmy gdzieś na cały dzień.

Dziś, patrząc na swoje dzieciństwo, widzę, że rodzice, zwłaszcza mama, stawiali nas na pierwszym miejscu. Sama wychowywała się w rozbitej rodzinie, bez ojca. Jej mama, żeby utrzymać trzyosobową rodzinę, brała dodatkowe dyżury jako pielęgniarka. Moją mamę i jej brata wychowywała w zasadzie babcia. Chyba mama chciała dla nas lepszego dzieciństwa. Myślę sobie, że często najpierw kupowała coś nam, a dopiero potem myślała o sobie. I gdy sama zostałam mamą, takie podejście było dla mnie naturalne.

O czym powinna pamiętać każda mama?

Jak teraz o tym myślę, to widzę, że w wielu sytuacjach czułam się z tym niekomfortowo. Ale będąc przekonana, że „tak trzeba”, zaciskałam zęby i szłam dalej. I choć to może wydawać się dziwne, dopiero czytając słowa Beatriz M. Munoz zrozumiałam, że to podejście wcale nie jest właściwe! Że oczywiście dzieci są ważne i ich potrzeby też, i że za tymi potrzebami warto podążać. Ale nie można przy tym zapominać o sobie! „Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. (…) Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko pozwól sobie być człowiekiem” – pisze autorka.

Wypisałam sobie wiele cytatów z książki i zaglądam do nich w „gorszych momentach”. Tobiasz jest trudnym dzieckiem, bardzo upartym. Gdy się za bardzo nakręci, trudno go zatrzymać, przekierować na inną aktywność. Jest ciekawski, lubi robić to, czego mu zabraniamy – na przykład wkładać śrubokręt do kontaktu albo dotykać gorącego garnka na kuchence. Muszę mieć ciągle na niego oko, żeby nie zrobił sobie krzywdy przez swoją ciekawość. Czasem opadają mi już ręce, a od tłumaczenia piętnaście razy tego samego aż dym wylatuje uszami. I wtedy przypominam sobie słowa Beatriz…

Oto kilka moich ulubionych cytatów Beatriz M. Munoz, które pomogły mi poprzestawiać myślenie i lepiej zrozumieć mojego małego zbója:

  • „Płacz, krzyk i destrukcyjne zachowanie są wyrazem tego samego pragnienia i musimy je interpretować jako: ‚Potrzebuję pomocy, nie umiem tego zrobić sam’”.
  • „Dzieci nie prowokują nas, tylko chcą nas cały czas zadowalać. Zachowując się destrukcyjnie, dają nam tylko znać, że mają nierozwiązany problem, czują się zniechęcone i muszą podjąć działania, aby ponownie nawiązać z nami kontakt”.
  • „Wychowanie dzieci opiera się na zaufaniu do nich, nawet jeśli robią rzeczy, które kolidują z tym, co my sami myślimy”.
  • „Zawsze warto pamiętać, że my, dorośli, skupiamy się na wyniku, a dzieci na procesie”.
  • „Oddychaj teraz, matką lub ojcem będziesz przez całe życie”.

Czy metoda Montessori sprawdzi się w małym mieszkaniu i czy jest dla każdego?

Metoda Montessori w domu nie jest trudna do zastosowania, a jeśli nie wiesz, o co w niej chodzi, po przeczytaniu tej książki przestanie być dla ciebie tajemnicą. Beatriz M. Munoz tłumaczy na czym polega, jak dostosować dom do jej zaleceń i skąd w ogóle się wzięła. Obala też mity z nią związane i podpowiada różnego rodzaju rozwiązania.

Jednak momentami miałam wrażenie, że to takie trochę utopijne podejście do wychowania dzieci. Patrzyłam na moją jedenastoletnią córkę, mojego prawie trzyletniego syna i inne dzieci dookoła, i zastanawiałam się: Czy spacer do lasu, babranie się w błocie i pisanie palcem po piasku będzie dla dzisiejszych dzieci bardziej ciekawe niż gra na tablecie i konsoli? Czy liczenie szyszek w lesie i aut na ulicy będzie ciekawsze niż nauka matematyki przy użyciu najnowszej aplikacji na telefonie mamy?

ZOBACZ:  Jak wspierać rozwój koncentracji u 6-latków

Te pytania prowadzą nas do sedna sprawy – czy metoda Montessori sprawdzi się w małym mieszkaniu? Odpowiedź jest złożona. Maria Montessori stworzyła swoją pedagogikę w zupełnie innych czasach i dla dzieci z zupełnie innych środowisk – początkowo dla dzieci upośledzonych, a potem dla tych w normie intelektualnej, często z biednych środowisk, które potrzebowały nauki podstawowych czynności życiowych. Celem było rozwijanie motywacji wewnętrznej, samodyscypliny i umiejętności radzenia sobie w życiu.

W małym mieszkaniu, kluczowe jest nie tyle posiadanie ogromnej przestrzeni, co raczej odpowiednie zorganizowanie tej, którą dysponujesz. Metoda Montessori podkreśla znaczenie uporządkowanego otoczenia, które jest dostępne dla dziecka i sprzyja jego samodzielności. Nie potrzebujesz osobnego pokoju do każdego typu aktywności. W małym mieszkaniu możesz:

  • Minimalizować ilość zabawek i materiałów: Rotuj je, wystawiając tylko kilka naraz. To pomaga dziecku skupić się i nie czuć się przytłoczonym nadmiarem bodźców.
  • Stworzyć strefy aktywności: Nawet mały stolik w kącie czy dywanik na podłodze mogą stać się „stacją pracy”. Ważne, by dziecko miało łatwy dostęp do potrzebnych mu pomocy i mogło je samodzielnie odłożyć.
  • Wykorzystać pionową przestrzeń: Półki, regały dostosowane do wzrostu dziecka, gdzie „pomoce” są na wyciągnięcie ręki.
  • Stawiać na praktyczne czynności życia codziennego: To esencja Montessori, a te czynności nie wymagają dużo miejsca. Gotowanie (dziecko może obierać warzywa, mieszać), sprzątanie (zamiatanie, ścieranie kurzy), dbanie o rośliny – to wszystko można robić w małej przestrzeni, a przy okazji wspiera samodzielność i rozwój motoryki małej.
  • Pamiętać o elastyczności: Autorka książki sama zaznacza, że świat się nie zawali, jeśli nie masz idealnych warunków. Ważniejsze jest podejście – obserwacja dziecka, podążanie za jego potrzebami i umożliwianie mu rozwoju w jego własnym tempie.

Dziś jednak mamy trudne czasy i wiele zależy od rodziców, od ich wiedzy i chęci do spędzania czasu z dziećmi. Patrząc na komentarze i dyskusje, widać, że metoda Montessori, choć ma swoich zagorzałych zwolenników, budzi też wiele kontrowersji.

Wątpliwości i niedosyt – spojrzenie na drugą stronę medalu

Czytając książkę Munoz, miałam w kilku momentach ochotę podyskutować z autorką. Powiedzieć jej, że nie zgadzam się. Że z mojego doświadczenia jako mamy, „to się nie uda, tak się nie da, moje dzieci w to ‚nie wejdą’”. Albo dopytać o szczegóły. I podziękować jej za to, że pomogła mi spojrzeć na moje dzieci, a zwłaszcza na Tobka, z innej strony. Przypomniała mi, że jego zachowanie nie jest wynikiem złośliwości, a jedynie chęcią pokazania mi, że ma z czymś problem. Że spowodowała, że wiele razy, gdy miałam już ochotę krzyknąć z nerwów, to brałam głęboki wdech i jednak głosu nie podnosiłam. Bo jak wiadomo, złe emocje matki udzielają się dziecku, o czym autorka też wspominała nie raz.

Książka dała mi na pewno dużo do myślenia i pomogła zmienić myślenie na niektórych polach. Ale nie przekonała mnie, że metoda Montessori w domu to coś dla mnie w stu procentach. Na pewno niektóre rady autorki będę wcielać w życie. Niektóre nawet już wprowadziłam! Ale chyba nie czuję się gotowa i przekonana, aby przejść w 100% na tę metodę.

„Montessori? Jestem na NIE” – popularne pytania i odpowiedzi

Dyskusje na temat Montessori często poruszają te same, kluczowe kwestie. Oto kilka z nich, wraz z przemyśleniami, które pomogą rozwiać wątpliwości:

„Jak to jest z dziećmi, które spędziły lata przedszkolne w filozofii Montessori, a potem idą do zwykłej szkoły? Czy nie będą zbyt odizolowane?”

Pedagogika Marii Montessori jest dostosowana do każdego dziecka. Maria Montessori zauważyła, że jej metoda sprawdza się również u dzieci w normie intelektualnej. Dzieci doskonale dostosowywały się do zasad panujących w Casa dei Bambini. Wolność, brak kar i nagród sprzyjają rozwojowi motywacji wewnętrznej. W szkołach Montessori dzieci same opracowują materiał i zgłaszają się na „zaliczenie”. Są też karty pracy. Wiele osób nie widzi problemu w przejściu do tradycyjnej szkoły – dzieci mają niesamowitą zdolność do adaptacji. Rodzice często przejmują się bardziej niż same dzieci. Zwróćmy uwagę, że niewielu rodziców, którzy zapisują dzieci do placówek Montessori, stosuje tę metodę w domu, a i tak dzieci świetnie sobie radzą.

„Po czym poznać prawdziwe przedszkole/żłobek Montessori od takiego, które nazwę stosuje głównie jako chwyt reklamowy?”

To ważne pytanie. Prawdziwe placówki Montessori cechuje konkretne podejście do materiałów (zwanych pomocami edukacyjnymi), które są przemyślane i służą rozwojowi konkretnych funkcji. Powinny być tam jednak również bardziej standardowe zabawki, jak kuchnia do gotowania czy klocki. Kluczowe są też zasady – w Montessori są jasne i klarowne zasady funkcjonowania. Dzwoneczek zwiastujący ciszę to jeden z niewerbalnych sposobów na zwrócenie uwagi i oddzielenie aktywności, podobny do dzwonka w szkole.

„Co z niechwaleniem i niekaraniem? Jak sobie radzić bez ‚brawo, super’?”

W Montessori stawia się na opisywanie czynności i wyrażanie wdzięczności zamiast ogólnych pochwał. Jeśli dziecko po długich próbach założy but, zamiast „super, brawo” możesz powiedzieć: „Sam założyłeś but!”. Jeśli narysuje czerwony domek z kominem: „O, narysowałaś czerwony domek z kominem”. Kiedy dziecko pomaga, zwykłe „dziękuję” wystarczy. Chodzi o to, by dziecko działało z motywacji wewnętrznej, a nie dla zewnętrznej nagrody. Choć to trudne, bo „pochwała to też rodzaj nagrody, czyli manipulacji”. Docenianie to nie to samo, co chwalenie. Moja córka, kiedy opiszę to, co widzę („widzę, że narysowałaś kółko”), pęka z dumy. Na zwykłe „super” uśmiecha się i zaczyna robić coś innego.

„Czy zróżnicowanie wiekowe w przedszkolu Montessori to dobry pomysł dla dwuipółlatka?”

Maria Montessori dążyła do naturalności. Grupa mieszana wiekowo ma być jak rodzina. Najmłodsze dziecko ma możliwość obserwowania i nauki od starszych, które z kolei uczą się pomagać. W kolejnych latach role się zmieniają. Taka struktura ma sprzyjać adaptacji (brak trzydziestu płaczących trzylatków jednocześnie) i rozwojowi mowy (kontakt ze starszymi dziećmi). Choć zdarzają się obawy, że maluch stanie się „najsłabszym ogniwem”, zdania są podzielone. Zależy to w dużej mierze od nauczycieli i środowiska.

Metoda Montessori w domu – co nam się sprawdziło, a co nie?

Był czas, że uważałam tę metodę za bardzo pomocną. Starałam się stosować jej zasady w życiu codziennym, ale zauważyłam, że metoda Montessori stosowana w domu w całości, może nie wszystkim służyć. Trzeba pamiętać, że jest to kierunek pedagogiki, czyli działania związane ściśle z edukacją. Wspieranie rozwoju dziecka jest tutaj kluczowe.

Czy Maria Montessori zmieniłaby swoją metodę? Metoda Montessori ma ponad sto lat i nie miała żadnych aktualizacji. Zastanawiałam się, co Maria Montessori zmieniłaby, gdyby żyła w dzisiejszych czasach. Świat idzie do przodu, a ślepe zapatrywanie się w metody sprzed ponad wieku może prowadzić do konserwatywnych schematów. Kiedy zauważyłam ten schemat u siebie, zdecydowałam, że będę stosować tylko wybrane elementy. Przestałam się zadręczać, a zaczęłam cieszyć się macierzyństwem.

Dlaczego nie sprawdziła nam się Metoda Montessori w domu w pełni? Z prostej przyczyny: ja podchodziłam do tego bardzo ambitnie i chciałam, aby jak najwięcej elementów było spełnionych. Nauczycielki w przedszkolu czy szkole Montessori nie muszą w tym czasie prać, sprzątać, zmywać. Mogą w czasie pracy własnej obserwować dzieci, robić notatki i dostosowywać program. A ja zwyczajnie nie dałam rady. Wolałam swoje wydanie „Montessori”: dzieci sprzątały ze mną, gotowały, rozwieszały pranie. Przestałam przygotowywać prace i zamiast tego kupowałam ciekawe edukacyjne zabawki, które według mnie były ciekawsze niż pomoce Montessori. Mogę śmiało powiedzieć, że straciłam radość macierzyństwa, starając się być nauczycielem mojego dziecka.

Widziałam w dzieciach wielkie zainteresowanie światem fikcji, a według twórczyni powinnam się wstrzymać do szóstego roku życia. Sto lat temu ograniczenie fikcji było możliwe, bo nie było ani bajek, ani internetu. W dzisiejszych czasach, czy jest to możliwe? Według mnie nie, a prędzej czy później dziecko się z nią zetknie – możliwe, że nie będzie na to przygotowane. Moje dzieci też miały wiele kreatywnych pomysłów, co do pracy z pomocami i nie mogłam im tego odmówić. Wręcz przeciwnie – podziwiałam ich sposób myślenia poza schematem.

Pamiętam, jak pokazałam Lilce, jak rozwija się dywanik (możesz to zobaczyć na YouTube, to bardzo schematyczne). A ona wolała na dywaniku jeździć na brzuchu po korytarzu. A później złożyła dywan w kostkę, co jest złamaniem zasady i w przedszkolu jest niedopuszczalne.

Dzieci wykorzystują wszystkie możliwości do rozwoju i trzeba im zapewnić pomoc. Uczenie to nie tylko metody, programy, artykuły, to przede wszystkim obserwacja dziecka. Kurczowe stosowanie się do zasad, a szczęśliwe dziecko? Od kiedy przestałam kurczowo trzymać się zasad, stałam się szczęśliwsza i moje dzieci również.

Praktyczne wnioski i podsumowanie

Czy metoda Montessori sprawdzi się w małym mieszkaniu? Tak, ale tylko wtedy, gdy będziesz elastyczna. To nie metraż jest tu najważniejszy, ale twoje podejście. Możesz zastosować jej kluczowe zasady – takie jak tworzenie uporządkowanego i dostępnego dla dziecka środowiska, wspieranie samodzielności w codziennych czynnościach, podążanie za potrzebami dziecka i rozwijanie jego wewnętrznej motywacji. Ważne, aby zrozumieć, że Montessori to filozofia, a nie sztywny zestaw reguł, który trzeba przestrzegać za wszelką cenę.

Najważniejsze motto, które warto sobie zapamiętać, to: „Trzeba podążać za dzieckiem”. Nie każde dziecko jest takie samo, nie każda rodzina taka sama, nie każde mieszkanie takie samo. Szkoła podstawowa czy przedszkole według mnie są świetnym pomysłem na alternatywną edukację – ale pełne wykorzystanie tej metody w domu jest według mnie niemożliwe. A co z kolejnymi etapami edukacji? Liceum, studia? To już nie są takie proste decyzje. Szkoły Montessori są też dobrym pomysłem dla dzieci, które nie odnajdują się w systemie.

Pamiętaj, że zadowolona mama to zadowolone dzieci. Czytaj, kształć się, ale przede wszystkim obserwuj swoje dziecko i kieruj się sercem. Jak powiedziała kiedyś autorka książek dla rodziców, żeby rodzice nie wzorowali się na specjalistach od dzieci, ponieważ ci rozwijają z dziećmi relację zawodową, zadaniem zaś rodzica jest rozwijać z dziećmi relację rodzicielską. I to jest najważniejsze.

Cytaty pochodzą z książki Munoz M. Beatriz, „Montessori Wychowanie dziecka w wieku 0–6 lat”, wyd. SamoSedno, Warszawa, 2021.